|
|||||||
|
One of the best things about Charlie - he doesn't hover.
O tym, że nie wszyscy mają tyle przyzwoitości, co Charlie ze Zmierzchu, można się bardzo łatwo przekonać – wystarczy przepracować dzień w ołpenspejsie. Problem hovering art directors dotyczy nie tylko agencji reklamowych i pokrewnych im instytucji. Dotyczy na dobrą sprawę każdej przestrzeni, na której w kołchoźniczych warunkach zebrana jest współczesna biurowa klasa robotnicza. Zsyntetyzowany zbiór 7 grzechów głównych w ołpenspejsie, pod zbiorczym hasłem QUIT HOVERING, BITCHES! prezentowałby się następująco: Grzech 1. Łażenie po całym biurze z telefonem przy uchu i uszczęśliwianie współpracowników szczegółami spraw, które aktualnie załatwiamy. Niewątpliwie jeden z najcięższych grzechów. Mało jest rzeczy równie irytujących, jak pracownik błąkający się w przejściu i po boksach innych działów, zaaferowany rozmową (obowiązkowo dość głośną), której wszyscy muszą słuchać, czy im się to podoba, czy nie; blokujący dostęp do kuchni (jedną ręką trzyma telefon, drugą przez kwadrans próbuje umyć kubek) lub zatrzymujący się w swojej wędrówce za czyimiś plecami (próbujesz skupić się nad wyjątkowo niezrozumiałym mailem, a za tobą nagle ktoś grzmi: „przecież prosiłem, żeby skontaktowała się pani z Biurem Wsparcia w tej sprawie!”; próbujesz sprawdzić prywatnego maila, ale nie możesz, bo ktoś kręci się 30 cm od ciebie, rozmawia przez telefon i jednocześnie gapi się na twój ekran). Pamiętajcie – ROZMAWIAMY WYŁĄCZNIE PRZY SWOIM BIURKU LUB W MIEJSCACH DO TEGO PRZEZNACZONYCH, EWENTUALNIE NA KLATCE SCHODOWEJ LUB TAM, GDZIE MAMY PEWNOŚĆ, ŻE NIKOMU TO NIE PRZESZKADZA. Grzech 2. Ustawianie głośnych, nachalnych, „zabawnych” dzwonków w telefonach służbowych. Grzech powiązany z pierwszym. Niektórzy ludzie po prostu nie są w stanie zrozumieć, że w nieustannie pulsującej dźwiękami przestrzeni ołpenspejsu jeden głośny, irytujący dzwonek, powtarzający się regularnie w ciągu dnia, zwłaszcza jeśli jego właściciel ma problemy z odbieraniem telefonu, jest w stanie zniszczyć komuś dzień. Albo i życie. Pamiętajcie – SŁITAŚNE DZWONKI, DURNE MELODYJKI, ODGŁOSY SPUSZCZANEJ WODY, MIAUCZENIA KOTA, PŁACZU NIEMOWLĘCIA ORAZ RADIOWE HITY W RODZAJU GOTYE - SĄ NIEDOPUSZCZALNE JAKO DZWONKI W SŁUŻBOWYCH TELEFONACH. Grzech 3. Klasyczny biurowy hovering, czyli kręcenie się dookoła, a zwłaszcza za czyimiś plecami, w sposób bezcelowy, pełen niezdecydowania i z wyraźnym wahaniem. Obejmuje pełen przegląd dziwnych czynności wynikających bądź to z nudy, bądź z charakterystycznego biurowego otępienia – zalicza się do tego snucie się po własnym oraz sąsiednich boksach, zaczepianie ludzi na zasadzie „a co robiiiisz?”, „nie przeszkadzam?”, „mogę?”, „a co tu masz dobrego do jedzenia?”, „co tam słychać?” oraz, w formie bardziej nachalnej, zasiadanie na pierwszym z brzegu wolnym krześle przy czyimś biurku i z tej pozycji zadawanie tych samych irytujących pytań, częstowanie się bez pytania czyimś jedzeniem i wiele, wiele innych. Pamiętajcie – W OŁPENSPEJSIE PRACODAWCA POZBAWIA WSZYSTKICH PRYWATNOŚCI, ALE NIE MUSIMY JEJ SAMI DODATKOWO NARUSZAĆ W BEZMYŚLNY I NIEPORZEBNY SPOSÓB. Grzech 4. Ploteczki i spotkania biznesowe w przelocie. Czyli: kilka osób wraca z kuchni niosąc kubki z herbatą, niestety nie udało im się zakończyć fascynującej dyskusji o tym, co jest lepszym miejscem wypoczynku wakacyjnego – Majorka czy Armenia. Przystają więc w pierwszym wolnym miejscu (którym akurat okazuje się być mały kawałek przestrzeni tuż za twoim biurkiem) i kończą rozmowę. Przez kwadrans. Inny wariant – zabiegani managerowie przypadkiem wpadają na siebie w przejściu (akurat na wysokości twojego boksu) i zaczynają ad hoc rozwiązywać wszystkie zaległe sprawy z ostatniego tygodnia, na które dotąd nie mieli czasu. Po 20 minutach, nie załatwiwszy niczego, rozstają się ze słowami „no to musimy się spotkać i to omówić”. Pamiętajcie - JEŚLI TAK ROBICIE, NIENAWIDZI WAS JUŻ PÓŁ BIURA. I ŻADNA Z TYCH OSÓB JUŻ NIGDY, PRZENIGDY, NIE PRZYTRZYMA DLA WAS WINDY. Grzech 5. Wkraczanie do obcego działu i żądanie rozmaitych świadczeń od pierwszej z brzegu osoby – bez przedstawienia się. Jest to grzech, który najkrócej można opisać słowami: „Przyszła tu jedna taka i zażądała, żeby jej wydrukować kwietniowe zestawienie w kolorze na kredowym A3. Skąd ja jej wezmę takiego papieru?!...”. Wielka bolączka ołepnspejsów, w których teoretycznie każdy każdego powinien znać, wszyscy są po imieniu i generalnie należą do jednej wielkiej rodziny. W normalnym biurze, kiedy obca osoba przychodzi do pokoju jakiegoś działu, musi się przedstawić, powiedzieć kim jest, czego chce, po co jej to i dlaczego ma prawo się tego domagać. W ołpenspejsie – nie. I niestety dzień w dzień obserwujemy korowody dziwnych postaci, ładujące się bez pukania (bo nie ma drzwi) i bez przedstawiania się (wszyscy się znamy) do obcych działów, zaczepiające najbliżej siedzącego pracownika i żądające od niego tego lub owego (przy czym obowiązkowo chodzi o coś czasochłonnego, upierdliwego i wymagającego oderwania się od swoich obowiązków). Ów napastowany pracownik, ponieważ nie wie, z kim ma do czynienia – nie wie również, czy może odmówić, poza tym w myśl korporacyjnych zasad chce być uprzejmy i pomocny. Traci więc czas na pomaganie komuś, kogo nie zna, kto ma go w nosie i kto zapewne przyjdzie zawracać mu głowę ponownie, skoro już wie, że może. Pamiętajcie – NIE ZAWRACAJCIE DUPY. JEŚLI NAPRAWDĘ POTRZEBUJECIE POMOCY - UPEWNIJCIE SIĘ, ŻE UDAJECIE SIĘ PO NIĄ DO WŁAŚCIWEJ (A NIE PRZYPADKOWEJ) OSOBY I ŻE NA PEWNO SAMI WIECIE, CZEGO CHCECIE. I PRZEDSTAWIAJCIE SIĘ. JEŚLI POZNAJĄ WASZE IMIĘ, BĘDZIE IM GŁUPIO MÓWIĆ O WAS „TA MENDA Z MARKETINGU, CO TU ZAWSZE PRZYŁAZI”. Grzech 6. Bezczeszczenie świątyni zen każdego ołpenspejsu – kuchni. Bardzo ciężki grzech przeciw rodzajowi ludzkiemu. Kuchnia - jako jedyna wydzielona część ołpenspejsu, w której mieści się mniej niż 50 osób - powinna być miejscem świętym, oazą filozoficznej zadumy nad fusami w kubku, przystanią dla dryfujących rozważań o szybkości gotowania się wody w czajniku. Z całą pewnością nie jest to dobre miejsce do:
Grzech 7. Szturch, szturch. Last but not least, niedopuszczalny atak fizyczny na współpracownika. Z reguły przybiera postać szturchnięcia w plecy lub w ramię z przyczaju za krzesłem. Teoretycznie ma na celu uprzedzenie kogoś o swojej obecności – w praktyce może powodować szereg niekontrolowanych gwałtownych reakcji, od wybuchu agresji po zawał serca. Pamiętajcie – ZŁY DOTYK MOŻE ZABOLEĆ PODWÓJNIE, JEŚLI KTOŚ CI ODDA. Wniosek końcowy – wszystkie wyżej opisane problemy mają jedno i to samo źródło, mianowicie brak szacunku dla współpracowników – ich czasu, ich przestrzeni, ich pracy, wreszcie dla nich samych jako ludzi, a nie tylko zamontowanych przy pulpitach robotów biurowych. Jak to powiedział pewien pracownik agencji reklamowej: szanujmy się nawzajem, a wszystko skończy się dobrze. Amen. stumilowylas 2012-04-03 18:47:08 skomentuj (0) Non iron - To jest jakaś beznadzieja – oznajmił z niesmakiem mój ojciec, odkładając numer Uważam Rze sprzed kilku tygodni z recenzją filmu „Żelazna Dama”. – Dobrze, że to przeczytałem, na pewno nie pójdę do kina – co mnie w ogóle obchodzi Thatcher jako kobieta? Ja ją jeszcze pamiętam z czasów, kiedy rządziła. Mnie by interesował film o sytuacji politycznej w tym okresie, jak dokładnie ona doszła do władzy, jak rządziła, dlaczego upadła… A to jest jakaś bzdura! Z jednej strony – rozumiem taką reakcję. Kiedy dowiedziałam się, że ma powstać film o Margaret Thatcher, też byłam przekonana, że będzie to wielka polityczna epopeja poświęcona jej niezwykłej karierze. Po wyjściu z kina byłam rozczarowana – tylko że w moim przypadku było to przyjemne rozczarowanie. Zamiast słuchać po raz kolejny nudów o tym jak to dzielna/bezwzględna (niepotrzebne skreślić na podstawie własnych stereotypów politycznych) pani premier walczyła z rozwydrzonymi/zdesperowanymi (j.w.) górnikami, miałam szansę obejrzeć coś znacznie ciekawszego – widok przez dziurkę od klucza na Żelazną Damę ulegającą bardzo ludzkiej korozji. Czy naprawdę rację ma mój ojciec, mówiąc, że nikogo nie interesuje Margaret Thatcher jako kobieta, jako człowiek? Oglądałam zestawione na ekranie zmagania polityczne pani premier i zmagania z własną słabością babci Margaret, która mimo choroby, upływu czasu i zapomnienia przez bliskich nadal stara się być babcią żelazną. I nagle okazało się, że w pewnym sensie stawienie czoła całemu parlamentowi pełnemu wściekłych ramoli w wykrochmalonych koszulach jest takim samym aktem heroizmu, jak podniesienie się ze stołka w kuchni i umycie po sobie filiżanki. A może nawet mniejszym. Dlatego uważam, że „Żelazna Dama” składa hołd tej niezwykłej przecież postaci w sposób o wiele bardziej przejmujący i zdecydowanie mniej bombastyczny niż jakakolwiek produkcja oparta wyłącznie na wątku jej politycznej kariery. Film został szczególnie mocno skrytykowany przez środowiska prawicowe, czego głównym powodem są zapewne lewicowe poglądy reżyserki filmu. Publicysta „Uważam rze”, Piotr Zaremba, bardzo pochylał się nad swego rodzaju umysłowym upośledzeniem Phyllidy Lloyd, która: […] pokazuje swoją bohaterkę z respektem, ale chyba sama do końca jej nie rozumie. […] Niezdolna, by zgłębić mechanizmy, reżyserka koncentruje się na tym, co interesuje ją najbardziej. Na paradoksie kobiety […]1. I właśnie dlatego, że – brutalnie mówiąc – nie zna się na historii i nie rozumie polityki, nakręciła film pokazujący „ludzką twarz” Żelaznej Damy – nie dlatego, że może po prostu chciała właśnie taki film nakręcić. Film ckliwy, babski, pozbawiony „prawdziwej” historii i konkretnej fabuły. Jednocześnie pan Zaremba wzdycha tęsknie, że ktoś o temperamencie Oliviera Stone’a – pomińmy już problem poglądów – zrobiłby trzygodzinną epopeję. I próbowałby nam opowiedzieć o mechanizmach rządzących angielską polityką”2. Wprawdzie ostoja konserwatywnego rozsądku – moja mama – stwierdziła trzeźwo, że „pies z kulawą nogą nie wytrzymałby czegoś takiego przez 3 godziny”, ale pana Zarembę wypełnia wiara, że byłoby inaczej. Chociaż trzeba przyznać, że jego tekst jest najbardziej rzetelny ze wszystkich tu przeze mnie cytowanych i poza powyższymi wpadkami w zasadzie się z nim zgadzam – jest to po prostu recenzja, a nie bezmyślna krytyka ex cathedra. Główny problem z ową krytyką polega na tym, że wszyscy wyrobili sobie jakieś zdanie na temat tego, jak ten film powinien wyglądać i o czym ma być, sprowadzając rolę reżyserki do kręcenia tego, co widzowie chcą zobaczyć. Nikt nie zastanawia się nad tym, co autorka chciała pokazać i dlaczego właśnie w taki sposób, wszyscy z góry zakładają, że zrobiła to źle, bo… miała zrobić inaczej! Jak napisał Tomasz Piechal w portalu wPolityce: Decyzja twórców by za oś całej opowieści ustanowić zmagania Margaret Thatcher z demencją i tęsknotą za zmarłym mężem, przyniosła kino niezwykle intymne, odbrązawiające niewątpliwie postać byłej premier, ale... No właśnie, twórcom wyraźnie umknęło coś znacznie istotniejszego. Nie przedstawili bowiem tak na dobrą sprawę, czym Thatcher zasłużyła sobie na przydomek "Żelaznej damy".3 Czy rzeczywiście jest to bardziej istotne? Nikt nie chce po prostu przyznać, że może twórca wcale nie miał zamiaru tego przedstawiać. Że może właśnie celem było stworzenie filmu „intymnego, odbrązowiającego”. Lewicy zresztą też się nie podoba - w swojej recenzji Jakub Majmurek ubolewa: Problem jednak tkwi w tym, że film nie jest w stanie postawić pytań o sens zmian forsowanych przez byłą premier, ukazać dynamiki politycznego konfliktu. Zamiast tego mamy narrację o prostej, szlachetnej, może trochę oschłej i nadmiernie ambitnej dziewczynie w świecie mężczyzn, która walczy o swoje w nim miejsce – nie dla sławy, ale „by coś zmienić".4 Moje pytanie brzmi – gdzie tu problem? I co jest złego w tej narracji o „prostej dziewczynie w świecie mężczyzn”? Do rzeszy krytyków dołączył brytyjski premier David Cameron, stwierdzając, że film jest bardziej o starzeniu się i elementach demencji niż o wspaniałej pani premier”5 (sic!). Jego zdanie podziela również recenzent portalu prawy.pl: Starsza schorowana pani, nadużywająca alkoholu, uwielbiająca wspominać lata własnej świetności. Taki obraz Margaret Thatcher zaserwowała nam reżyserka "Żelaznej Damy", która oprócz kręcenia filmów jest także prominentną postacią środowiska homoseksualnego. […] Najbardziej eksponowanym fragmentem życiorysu "Maggy" jest niestety jej polityczna emerytura, a nie żaden z epizodów podczas sprawowania władzy. […] "Żelazna Dama" mogła być filmem przypominającym, jak można rządzić skutecznie, podejmować słuszne i trudne decyzje, a jednocześnie cieszyć się niemalejącym poparciem. Niestety takim filmem nie jest.”6 Ten opis można uznać za kwintesencję ataków na film. Wynika z niego, że: a) bycie starym jest niefajne i ikony prawicy powinny mieć na tyle przyzwoitości, żeby się z tą przypadłością nie obnosić, a podnoszenie tego tematu publicznie jest wysoce niestosowne i stanowi smutną konsekwencję przynależności do środowisk homoseksualnych b) ikony są interesujące tylko jako ikony, nie jako ludzie – ich „polityczna emerytura” i proste ludzkie problemy, z którymi muszą się mierzyć, nikogo nie obchodzą i nie mogą być tematem filmu c) film o Margaret Thatcher z definicji powinien być filmem dydaktycznym, to jedyne logiczne ujęcie tego tematu. Media biją na alarm: Rodzina byłej brytyjskiej premier jest nim [filmem] przerażona. Obraz ma być lewacką bzdurą, której zadaniem jest skompromitowanie – znienawidzonej przez progresistów całego świata – konserwatywnej polityk.7 Zgodzimy się wszyscy, że pokazanie Żelaznej Damy od strony jej ludzkich słabości (lubi sobie wypić szklaneczkę ginu – zbrodnia!) przekreśla całe dzieło jej życia, kompromituje ją jako polityka i jest niewątpliwie aktem agresji wymierzonym przez tajemniczą sektę „progresistów” bezpośrednio w rodzinę pani premier. Co ciekawe, Jakub Majmurek we wspomnianej recenzji nazwał film… hagiografią. Jak to się ma do rzekomego plugawienia wizerunku byłej premier – nie wiadomo. Jak trafnie zauważa recenzent, gdyby ktoś naprawdę chciał skompromitować Thatcher, sięgnąłby raczej po którąś z przestępczych afer, w które zamieszany był jej syn. Ze wszystkich oburzonych tylko cytowany już Piotr Zaremba zwrócił uwagę na jeden, bardzo istotny fakt (i w tym kontekście nie dziwi zupełnie, dlaczego jeden z byłych współpracowników Thatcher określił film słowem „ghoulish”) – czy takie grzebanie w prywatnym, intymnym życiu osoby żyjącej jest aby na pewno na miejscu. Żeby nie było – nie chodzi mi o bezmyślną obronę tego filmu, „bo mnie się podobał”. Chodzi mi o bezmyślną formę jego krytyki. Po wiedzę na temat realiów politycznych Wielkiej Brytanii odesłałabym zainteresowanych do podręczników historycznych – jeśli jeszcze tam nie trafili. Może kiedyś powstanie film w takim ujęciu, o jakim marzą (i wcale nie jest to złe marzenie, taki film też jest potrzebny!) – ale to nie jest ten film i nie można go oceniać w kategoriach czyichś marzeń. Dodajmy, że film Phyllidy Lloyd nie jest całkiem wyprany z odwołań historycznych, tyle że pokazuje historię rządów Thatcher w ciągu flashbacków - tak jakby całe dotychczasowe życie przelatywało jej przed oczami. Więc oczywiście nie ma tu miejsca na pogłębioną analizę społeczno-polityczną. Na koniec mała perełka – czyli jak bardzo różni się odbiór tych samych scen w zależności od poglądów patrzącego: Z kolei Magdalena Środa w tygodniku „Wprost” zwraca uwagę, że z punktu widzenia kobiet w świecie polityki „film o Thatcher, to w istocie film o wybryku natury”, w którym ostatecznie kobieta i tak skończy swoją karierę w kuchni (w ostatniej scenie filmu Thatcher myje filiżankę), a nowym premierem zostanie „jak przystało” – mężczyzna. „Prawica wychodziła z kina bardzo zadowolona” – z przekąsem pointuje Środa.8 Z panią Środą generalnie nie znajduję płaszczyzny porozumienia, a jej komentarz dowodzi chyba tylko jednego – że nie chodzi na seanse razem z prawicą :D _________________________________________________ 1 "Thatcher rządziła naprawdę", Uważam Rze, nr 7(54)/2012 2 ibid. 3 http://wpolityce.pl/artykuly/23045-niewykorzystana-szansa-na-opowiesc-o-legendzie-zelazna-dama-czy-raczej-kobieta-z-demencja 4 http://www.dwutygodnik.com/artykul/3166-zelazna-dama-rez-phyllida-lloyd.html 5 http://www.bbc.co.uk/news/uk-politics-16439209 6 http://www.prawy.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1011:zmarnowany-potencjal-zelaznej-damy&catid=40:recenzje/ 7 http://www.rp.pl/artykul/803578.html 8 http://www.i-film.eu/zelazna-dama-znakomite-otwarcie-i-dyskusje-w-prasie/ stumilowylas 2012-03-27 19:26:48 skomentuj (0) Prawie jak "Do M***" Jakie są nieomylne oznaki starzenia? Osiwieć można i za młodu, zgłupieć - w dowolnym wieku, zdziecinnienie jest zjawiskiem powszechnym, jeśli weźmie się pod uwagę, że mnóstwo osób nigdy nie zadało sobie trudu, by dorosnąć, a demencją może się pochwalić tak liczne grono ludzi, że nie ma sensu dzielić go na kategorie wiekowe. Jednak tym, co - prawdopodobnie - dotyka wszystkich na starość, jest sentymentalizm. Oglądamy nasze stare zdjęcia, wspominamy nauczycieli, wzdychamy do cudownych lat spędzonych w szkole i w ogóle zachowujemy się, jakbyśmy nigdy nie widzieli żadnego demotywatora na oczy. Uświadomiłam sobie ten przykry fakt, kiedy dwie znajome osoby przyznały mi się, że ostatnio przeczytały mojego bloga. Przeczytały bloga! Jakby był szkolnym albumem pamiątkowym albo pamiętnikiem prababci! Ludzie, apeluję do was. Znajdźcie sobie coś do roboty :) Ja w chwilach zwątpienia chodzę na zakupy do Biedronki :) stumilowylas 2010-03-11 14:31:19 skomentuj (0) "- Radiotaxi się kłania! - Ale ja nie zamawiałam!..." Najgłupsza rozmowa telefoniczna roku (głupsza niż wszystkie pokazy wełny i filtry do wody razem wzięte):
-Słucham. Dlaczego mnie to spotyka? stumilowylas 2009-02-24 11:44:26 skomentuj (3) Ujebany farbą czy nie wiem czym. Ostatnio rozmaici święci mieli okazję, by się zbulwersować i zgorszyć - znowu! Bo okazało się, że - laboga! - dziennikarz przeklina poza anteną! A łyżka na to: niemożliwe. Kiedy patrzę na ludzi, którzy z dziką satysfakcją wyzywają Kamila Durczoka od chamów i robią aferę z tego, co dla większości powinno być oczywiste, ręce mi opadają. Smutna wpadka polskiego życia blogowego, Sara May, nazywa zachowanie Durczoka zwykłym buractwem (tak, ja też mam uciechę z jej nieco prymitywnej polszczyzny - nawet większą niż z treści wpisów). Nikt jakoś nie kwapi się z okazaniem zrozumienia dla faceta, który wykonuje stresującą pracę i zapewne musi jakoś odreagować czas spędzony przed kamerą na ważeniu każdego słowa. Podobnie wyglądała kilka lat temu sprawa nieparlamentarnego języka Tomasza Lisa - z tym, że on przy okazji nazwał swoich współpracowników baranami, więc brzmiało to zacznie gorzej. Nikt natomiast nie zwrócił uwagi na inną rzecz, która łączy te dwie wypowiedzi - mianowicie troska o telewidza! Z obu wynika jasno, że prezenterów naprawdę obchodzi to, co pokazują i mówią na antenie, że odbiorca nie jest dla nich ciemnym ludem, który wszystko kupi. Czy to nie wzruszające? Ile znacie osób publicznych wykazujących chociaż odrobinę prawdziwego zainteresowania "biednymi ludzmi"? Więc, kurwa, czujcie się, kurwa, docenieni. Bo, kurwa, parę kurew jeszcze, kurwa, nikomu nie zaszkodziło. Amen. I co to jest, kurwa, Zbuczyn? Gdzie jest, kurwa, napisane, czy to jest droga krajowa, lokalna czy jakaś? Skąd ci biedni ludzie, kurwa, mają to zrozumieć, bo ja z tego nic nie rozumiem! Wypierdalamy tę planszę. Albo jakiemuś innemu facetowi, który się poczuwa do odpowiedzialności, co pokazujemy 4 milionom ludzi przed telewizorem. stumilowylas 2009-02-23 14:30:46 skomentuj (0) |
LINKIKSIĘGA GOŚCI|Dodaj||Zobacz| ARCHIWUM |
||||||
|
|
|||||||